Translate

środa, 5 czerwca 2013

"Przeznaczenie wampirzycy" cz.4 by BaliBliss

To już 4 część. Podoba się? Pisać dalej?
BaliBliss

"Przeznaczenie wampirzycy" cz.4

– Faceci są irytujący, nie sądzisz?  - odezwała się gdy drzwi się za nami zamknęły.
- On się po prostu martwi…
- Tak, tak… Nieważne. Usiądź. Muszę przygotować cię do rytuału.
- Na czym on będzie polegał?
- Musisz wprowadzić swoją moc w rezonans. Wtedy ja będę mogła zbadać przeszłość twojego konwentu. Dowiemy się od której czarownicy pochodzisz. Nie będzie trudno, bo niewiele z wiedźm pokolenia Caspiana posiadało potomstwo.
- Jak mam wprowadzić ją w rezonans? Przecież ja nie jestem nawet pewna czy ją posiadam…
- Masz w sobie wielką moc. Wyczuwam to z daleka. Żeby wprowadzić ją w rezonans musisz rzucić zaklęcie. Nie martw się. Pamiętam kilka łatwych, nauczę cię.
- Skąd je znasz?
- To ja ukryłam księgi zaklęć prowadzone przez wieki. Długa historia… A teraz powtarzaj za mną:  Hai lume aceso luz.
- Co to znaczy?
- Niech się stanie jasność zapłonie ogień. To po galicyjsku. W tym języku są wszystkie zaklęcia. To nim porozumiewały się czarownice. Powtarzaj: Hai lume aceso luz.
- Hai lume aceso luz.
- Dobrze. Teraz skup się na świecy. Wyobraź sobie, że się pali i wymów zaklęcie. Gdy ci się uda zrzucić ci się uda, ja zanurzę sie we wspomnienia twojej mocy. Może być nieprzyjemnie, ale nie możesz się poruszyć. Gotowa?
- Tak.
- To zaczynaj.
- Hai lume aceso luz – nic się nie wydarzyło.
- Skup się. W twojej wyobraźni knot musi płonąć!
Moją uwagę pochłonęła świeca. Próbowałam sobie wyobrazić, że się pali. Nagle nie widziałam nic poza nią i płonącym na niej ognikiem. Wiedziałam ż eto ten moment. Już czas.
- Hai lume aceso luz – wypowiedziałam głośno zaklęcie.
Poczułam szarpnięcie, a potem ból, który rozrywał moją głowę od środka. Nie umiałam się ruszyć.  Nic nie widziałam. Nie miałam poczucia czasu. Tylko ten przeraźliwy ból. I nagle, jakby to wszystko było tylko kiepskim żartem, odzyskałam zmysły i  zobaczyłam, ze na podłodze siedzi Salander i płacze. Z jej oczu leciały ogromne krwawe łzy. Czyżby było aż tak źle?
- Co się stało?
- To przecież niemożliwe… – szlochała.
- Co jest niemożliwe?
- To nie może być prawda… – mówiła przez łzy.
- Sally, co nie może być prawdą? Powiedz mi proszę…
- Ty… My… Jesteśmy rodziną…. – wydukała – To przecież niemożliwe… Perline nie miała dzieci. Ja bym o tym wiedziała. Jak mogła mi nie powiedzieć??? Czemu skłamała?
- W jakim sensie jesteśmy rodziną? – spytałam.
- Jesteś pra pra pra pra i tak dalej wnuczką mojej siostry Perline. Pochodzisz z konwentu Vida e Morte, życie i śmierć, który jest potocznie nazywany Creador De Erros, twórca pomyłki. To on stożył Caspiana. Jest najpotężniejszym z konwentów. Posiadasz przez to nieskończoną moc.
- Czyli moje przodkinie odpowiadają za powstanie rasy wampirów?
- Tak, a dokładniej rzecz biorąc moja siostra. Miała wtedy dziewiętnaście lat. Nie pozwalano się jej widywać z chłopakami. Taka była tradycja. Młoda dziewczyna  poznawała w swoim życiu tylko dwóch mężczyzn – ojca i męża, którego wybrała jej starszyzna. Perline jednak potajemnie wymykała się na schadzki z chłopcem w jej wieku imieniem Falcón. Gdy rodzice się o tym dowiedzieli zabili jej ukochanego. We wspomnieniach mocy widziałam, że była wtedy z nim w ciąży. Gdy się zorientowała, ze nosi w sobie jego dziecko postanowiła go ożywić mocą. Udało się jej. Chciała z nim uciec, ale wtedy zorientowała się nie był  to już on. Był bezlitosny, głodny ludzkiej krwi. Nie mogła go opanować, więc powiedziała radzie, że chciała stworzyć istotę niepokonaną, która będzie ich chronić. Ci nie byli oni w stanie nic mu zrobić. Nazwali go Erro. Postanowili, że odbiorą moc wszystkim wiedźmą, żeby się to nie powtórzyło. Wtedy powstała też przepowiednia. Ja zostałam wyznaczona, aby schować księgi czarów. Zrobiłam to, ale gdy wracałam do osady  spotkałam go… On… Ja byłam pierwszą, którą zmienił w wampira. Wszystkie wampirze wyrocznie pochodziły z mojej osady, więc gdy, ujmijmy to, ucywilizował się, chciał nas zabić by nikt nigdy nie dowiedział się o jego żałosnych początkach.
- Skoro czarownice z twojej wioski zostały zmienione w wampiry, to przepowiednia spełniła się już dawno…
- Nie byłyśmy czarownicami. Do nich zaliczane są tylko pierworodne córki wiedź obdarzonych mocą. To one ją dziedziczą. Młodsze mają niekiedy rożne słabe dary, jak na przykład jasnowidzenie.
- Co się stało po twojej przemianie?
- Wróciłam do osady. Perline nie było. Powiedzieli mi, że wyjechała na jakiś czas do siostrzanych konwentów, aby poinformować je dlaczego straciły moc. To wtedy urodziła córkę i zostawiła ją u znajomej z konwentu słońca, która marzyła o dziecku.  Chciałam ostrzec mój ród przed tym, że Erro tworzy sobie podobnych. Gdy dowiedzieli się, ze zostałam przez niego przemieniona wygnali mnie. Od tej pory tułam się po świeci. Twoje przodkinie  od tej pory żyły zaś jak zwyczajni ludzie. Moja siostrzenica dostała moje Miña. Oznacza ono Moja. To jedyne o czym zadecydowała Perline.
- Czy to znaczy, że Caspian jest moim pra pra pra i tak dalej dziadkiem?
- Był nim Falcón.
- Ale przecież Falcón to Caspian.
- Przykro mi. Ale wątpię, czy Erro pamięta coś z ludzkiego życia.
Nagle opowiadanie przerwały otworzone kopniakiem drzwi. Stał w nich Jeremiasz.
- Leno, minęło dziesięć minut. Idziemy.
- Daj mi chwilkę. Już wychodzę.
- Dobrze, ale się pośpiesz. Czekam na zewnątrz.
- Dziękuję, że opowiedziałaś mi tą historię- powiedziałam do Salander gdy Jeremiasz zostawił nas same.
- Nie dziękuj. Musiałaś o tym wiedzieć. Mam tylko jedną prośbę.
- Zrobię wszystko o co poprosisz.
- Nie mów nikomu o tym, co ci powiedziałam. Nawet Jeremiahowi. Szczególnie jemu. To co powinni wiedzieć przekażę Leili zaraz po twoim wyjściu.
- Zgoda. Jeszcze raz dziękuję.
- Nie ma za co Leno – powiedziała, po czym mocno mnie przytuliła – Idź już. Jeremiah się niecierpliwi.
Wyszłam z jej pokoju. Tej nocy będę miała dużo do przemyślenia…

"List" by Yushi

Jak na razie ostatnie yaoi od Yushi. Może uda mi się ją namówić na napisanie następnego :) Co wy na to? Chcecie więcej?
BaliBliss

"List"


Kochany Jongyunie!

Tak teraz myślę nad samobójstwem… jakby to było. Połknąć te czterdzieści/pięćdziesiąt tabletek i umrzeć… zasnąć na zawsze. Trochę kusi taka propozycja… trochę, co ja mówię. Bardzo kusi. Oczywiście każdy by tam za mną trochę popłakał, ale po czasie by im przeszło. W to nie wątpię.

Czasami mam takie zawahania i zastanawiam się, czy nie iść z tym do psychologa… z tymi moimi myślami, jednak po chwili przytomnieję i przypominam sobie, że lepiej nie. Że opcja snu wiecznego jest dla mnie najlepsza. Instynkt przetrwania samobójcy jest u mnie bardzo silny. Praktycznie każdemu daje znaki, że coś jest ze mną. Że coś planuję. Ale potem zaraz zaprzeczam, bo myślę „nie mogą się o mnie martwić, mają już za dużo problemów”.

Cały zespół ma ze mną kłopoty. Nie słucham managera, pyskuję. Nie pomagam w… w niczym praktycznie. Jestem taką jebaną księżniczką. Ile raz ja już od wszystkich słyszałem jaki ja to nie jestem. JR, ostatnio po koncercie stwierdziłeś, że się mnie wstydzisz, bo będąc na scenie miałem w sobie trochę procentów. Mój drogi Kim, przepraszam, że się mnie wstydzisz. Zawsze pragnąłem, żebyś był ze mnie dumny, ale jak zwykle wyszło na odwrót. Chciałem usłyszeć z Twoich ust „moja myszka”, „moja śliczna księżniczka”, lub też zwykłe „Kocham Cię”. Wiem, dziecinne. Przepraszam.

Ja pierdole, czemu jak to piszę, to chce mi się płakać? Jestem żałosny. Za to też przepraszam. Nie chcę być żałosny. Czy kiedykolwiek byłeś ze mnie dumny? Mam nadzieję, że kiedyś mi to wszystko wybaczysz. Wszystko, co tylko sprawiło, że się przez mnie denerwowałeś, co doprowadzało cię do łez. Każde po kolei, to moja wina. MOJA. Kocham Cię,

Jestem żałosny. Byłem żałosny. Wybacz mi, proszę.

Ciężko mi to pisać, płaczę. Jest mi smutno jak myślę, że to koniec. Jednak nie umiem inaczej. Przepraszam. Jestem słaby, wiem. Chociaż jest to też oznaka ogromnej odwagi… nie, w tym jednak nie ma odwagi. To ucieczka. Ucieczka od wszystkiego i wszystkich, zwykłe tchórzostwo, strach przed życiem. Strach przed Tobą. Przed Twoimi reakcjami na moje lekkomyślne czyny. Bo tak bardzo chciałem, żebyś zwrócił na mnie znowu swoją uwagę. Miałem ogromne obawy, że już mnie nie chcesz. Że mnie zostawisz samego. Porzucisz. A tego bym nie wytrzymał. Nie chciałem. Przepraszam. Pragnąłem, żebyś był ze mnie dumny. Czy kiedykolwiek byłeś ze mnie dumny?

Kocham Cię.

Tutaj miałem tylu wspaniałych przyjaciół, znajomych… Minhyun, Aron, Baekho, Ciebie… lista jest bardzo krótka , jednak dla mnie wystarczająca. Nigdy nie spodziewałem się, że spotkam i pokocham tyle osób. Te więzi wiele dla mnie znaczyły, bo to głównie one były powodem, że tak długo zwlekałem z decyzją o śmierci. Nie chciałem tego stracić. Zbyt długo i ciężko na to pracowałem.

Jednak to wszystko mnie przerosło. Nie tyle co kłopoty w zespole, złe stosunki z Tobą, czy też inne, mniej ważne powody. Najbardziej dobijające jest, że myśli o samobójstwie kroczyły za mną niczym cień odkąd tylko pamiętam. To mnie przerażało. Zabijało od wewnątrz. Moje normalne rozumowanie zostało z czasem pochłonięte, wręcz pożarte przez czerń, smutek i łzy. Spotkanie pewnej osoby jeszcze bardziej i dobitniej udowodniło mi, że jestem nic nie wartym śmieciem. Traktował mnie jak nic nie znaczącego człowieka. Sprawił, że ludzie odwrócili się do mnie plecami, uprzykrzali mi życie, obrażali. Mogłem policzyć na palcach jednej ręki osoby, które pomimo wszystko wytrwale przy mnie stały i mnie wspierały. Żałosne.

JR, kochanie. Chcę podziękować za cały ten czas spędzony z Tobą. Za to, że się mną opiekowałeś, że mnie broniłeś, pomagałeś. Nawet nie wiesz jak wiele to dla mnie znaczyło. Wierzę również, że mnie kochałeś. Na swój sposób, którego ja nie zauważałem. Okazywałeś mi czułe gesty, lecz ja byłem jak uliczny ślepiec. Również ich nie widziałem. Nie odczuwałem. Nigdy mnie nie pocałowałeś, pomimo faktu, że nasz związek trwał już kilka tygodni. Zawsze chciałem, żebyś mnie przytulał, cały ten czas. Bez okazji. Przytulał i mówił ile dla Ciebie znaczę. Że mnie kochasz. To by mi w zupełności wystarczyło. Jednak i tak dziękuję.

Nadal płaczę.

Przepraszam. Jestem żałosny. Czy kiedykolwiek byłeś ze mnie dumny?

Zawsze, gdy nachodzą mnie wyobrażenia o uścisku z Tobą, zaczynam się trząść bez powodu i szlochać. Potrafię wylać wiele łez przez te myśli. Dobijam się tym do momentu, póki nie strzelę sobie w twarz i nie powiem „Ren, dość”. Potem jednak to nadal mnie męczy. Nigdy nie przestało. Bo przecież my nie okazujemy sobie zbyt wiele czułości. A ja jak głupi jestem uzależniony od Twojego ciepła. Jestem jak jakiś jebany narkoman, który nie ma dostępu do tego, czego najbardziej potrzebuje. Do tego, co napędza jego kołowrotek życia.

Jestem żałosny, ale już nie płaczę. To bez sensu. Przecież to i tak koniec.

Jeszcze raz przepraszam. Was wszystkich. Ciebie, zespół, managera, wszystkich L.O./\.E. Przepraszam. Kocham Was.

Od kilku miesięcy życie nie ma dla mnie już takie znaczenia jak kiedyś, wszystko wyblakło. Stało się takie nijakie, obojętne. Bez kolorów. Jednak moje dzikie marzenia jeszcze jako tako płoną we mnie. Poznanie wszystkich naszych wiernych fanów. Spotkanie osób, które od dziecka szanuję i podziwiam. Bycie z Tobą. Jednak, to na tym ostatnim najbardziej mi zależało.

Do końca.

Nie będę już przedłużać.

Kocham Cię.

Do zobaczenia gdzieś tam.

Przepraszam.

Czy kiedykolwiek byłeś ze mnie dumny?

Twój Ren.


*ROK PÓŻNIEJ*

                Młody chłopak trzymał list w swoich drżących dłoniach, cicho pochlipując. Był taki bezradny w tym wszystkich. Już taki szmat czasu nie widział swojego chłopaka. Zabrali mu jego małą księżniczkę. Nie mógł go dotykać, patrzeć na niego, przytulać. Nawet przebywać w jego cudownym towarzystwie. A to był koszmar. Jeden z tych najgorszych jakie go w życiu mogły go spotkać. Tak bardzo mu tego brakowało. Czuł się teraz taki samotny, opuszczony. Teraz chociaż ma blade pojęcie co przeżywał jego biedny Choi. Brązowowłosy westchnął głośno i starł zaschnięte łzy z policzków.

- Nadal cie to męczy? – usłyszał męski głos za sobą.

-Baekho… – mruknął – …tęsknię za nim. Tak strasznie bardzo – siorbnął i rozpłakał się już na dobre – czemu byłem takim ślepym idiotą? Czemu nie widziałem jak cierpiał?!- krzyknął i schował twarz w poduszce leżącej na jego kolanach. Blond włosy nie mógł znieść rozpaczy jaka rozpruwała serce jego przyjaciela z zespołu. Podszedł więc do niego, wyjął kartkę papieru z jego reki odkładając obok na łóżku i mocno go przytulił.

- Ej, stary. Spokojnie. Wszystko będzie dobrze. Każdemu z nas brakuje tego białego potworka – szeptał nastolatek – za niedługo go zobaczymy, więc się uspokój.

- Niby kiedy? – mruknął niewyraźnie lider, wycierając nos w chusteczkę.

-Nie wiem. To nie zależy od nas. Ale nie zadręczaj się tym, aż tak. Każdy zawinił po trochu. To nie jest tylko i wyłącznie twoja wina.

- Jasne. To ja o niego nie dbałem, nie wy do cholery. Wszystko przeze mnie – warknął i głośno westchnął. Zmęczony przetarł oczy. Miał tego wszystkiego serdecznie dość. Bez tego chłopaka jego egzystencja na tym świecie nie miała jakiegokolwiek sensu i celu. Wszystko zgasło i utonęło w mrocznej rozpaczy. Jego umysł otuliły szare skrzydła.

-JR, chodź do nas, bo wyglądasz jak duch. Zrobię ci herbatę, którą tak bardzo lubisz. Co ty na to?

Chłopak spojrzał na niego niepewnie i zrezygnowany przeczesał dłonią swoje włosy, wstając z łóżka. Wszedł do kuchni za Baekho  i usiadł na krześle przy stole na którym w misce były jakieś cukierki. Chcąc sobie choć trochę poprawić humor zjadł jeden z nich. Jednak cukier w nim zawarty ani trochę mu nie pomógł. Rozejrzał się po pomieszczeniu i zauważył, że reszta zespołu ogląda jakiś tandetny talk-show w telewizji podśmiewając się przy tum do rozpuku niczym jacyś szaleńcy. Nagle usłyszeli dzwonek do drzwi.

- Minhyun, otwórz  proszę cię – burknął blondyn skupiając się na robieniu miętowego napoju dla kolegi.

- Spoko – mówiąc to, zerwał się z kanapy, która jeszcze chwile temu oblegał z Aronem i poszedł w kierunku wejścia.

- Eee… liderze, ktoś do ciebie! – krzyknął chłopak, jednocześnie zapraszając późnego gościa do środka. Brązowowłosy jęknął i niechętnie zwlekł swe zmarnowane ciało  z siedzenia, powolnie podreptując za głosem kolegi  i stanął jak wryty, gdy zobaczył kto przed nim stoi. Poczuł jak w jego oczach wzbierają się łzy, gdy ujrzał białowłosą postać stojącą w przedsionku. Dzieciak praktycznie nic się nie zmienił przez ten rok, kiedy go nie widział. Był jedynie trochę chudszy. Jednak w jego czarnych jak noc oczach, tym razem można było dostrzec te radosne iskierki życia co kiedyś, dawno temu.  Chłopak ubrany był w jakiś włochaty granatowo-biały sweter i ciemne rurki ściśle opinające jego zgrabne nogi. Włosy jak zawsze spięte z tyłu w kucyk z grzywką zasłaniającą oko. Liderowi tak strasznie brakowało tego widoku. Nagle zobaczył, że Ren spuszcza wzrok i bez większego zainteresowania wpatruje się w swoje żółte skarpetki.  JR nie mógł znieść tej przygnębiającej dla młodego chwili.

- Choi, kochanie! – krzyknął mężczyzna i czym prędzej podbiegł do skulonego w sobie chłopaka, który stał na środku korytarza. Przytulił go najmocniej jak tylko umiał. Pomimo wszystko brakowało mu tego ciepła – Tak się o ciebie martwiłem! Nigdy więcej mnie tak nie strasz! Nie zostawiaj mnie już – mruknął. Biało włosy nie wiedział jak ma zareagować na poczynania swojego Hyunga. Jednak końcem końców odwzajemnił uścisk, swoimi drżącymi rękoma oplatając jego ciało. Czuł jak po jego chudych policzkach spływają słone łzy swoją krótką drogę kończąc na ubraniach.  Nienawidził swoich słabości. Nienawidził tego, że był taki emocjonalny. Ale każdy mu powtarzał, że pomimo wszystko tak jest lepiej. Odczuwać więcej niż inni. On się jednak z tym stwierdzeniem nie zgadzał. Nie chciał być raniony tak łatwo. Chciał mieć serce ze skały, żeby już nikt nie mógł do niego zajrzeć i go zniszczyć. Jednak przy tym facecie tak się nie dało. Jedno jego spojrzenie po tak długim czasie rozłąki, a jego całe ciało było już jak z waty. Nagle poczuł, że coś miękkiego dotyka jego warg. Zszokowany otworzył swoje wilgotne oczy i to co zobaczył sprawiło, że jego nogi się ugięły. Jednak w ostatniej chwili JR go chwycił w swoje silne ramiona i uniósł w powietrzu. Chłopak nie mógł uwierzyć, że jego marzenie w końcu się spełniło. Niepewnie odwzajemnił ten gorący pocałunek, który z chwili na chwile coraz bardziej się pogłębiał. Blondyn wplątał swoją dłoń w jego bujne włosy i przyciągnął go bliżej siebie. To, co się teraz działo, było jednym z jego piękniejszych przeżyć jakich zdążył doświadczyć.

- Kocham cię Minki – szepnął trzymający go mężczyzna i ponownie zagłębił się w ich namiętnym i stęsknionym pocałunku – więcej mnie już tak nie zostawiaj, rozumiesz?

Dzieciak kiwnął głową i przytulił się mocno do swojego chłopaka, ponownie wylewając łzy. Reszta zespołu patrząc na to wszystko zaczęła się śmiać. Byli szczęśliwi, że tej jakże niezgranej parze zaczęło się w końcu układać.
- Ja też cię kocham – odpowiedział Ren i uśmiechnął się najpiękniej jak tylko umiał.

"Przeznaczenie wampirzycy" cz.3 by BaliBliss

Miłego czytania!
BaliBliss

"Przeznaczenie wampirzycy" cz.3

Zorientowałam się że dochodzimy na miejsce gdy usłyszałam szum rozmów zebranych. Na oko w sali było ponad dwieście osób. Czy oni wszyscy chcą śmierci Caspiana? Jeśli tak, to do czego ja im jestem potrzebna? Przecierze jest ich tak dużo…. Na środku sali siedzi, jak się domyślam, wyrocznia. W mojej wyobraźni była ona staruszką w łachmanach, ale okazuje się, że Salander wygląda jak nastoletnia królowa szkoły: figura modelki, długie, lekko falowane, blond włosy i brązowe oczy. Jest urzeczywistnieniem marzeń męskiej części uczniów mojej szkoły. Na oko ma około szesnastu lat, ale wiem, że jako wampirzyca może sobie liczyć nawet wieki. Obok niej stoi Leila, która trzyma za rękę wysokiego, chudego chłopaka o latynoskiej urodzie, zapewne Enrique. To właśnie on ucisza zebranych i zabiera głos:
- Słuchajcie uważnie, co powie wam Salander. Jest ona ostatnią żyjącą wyrocznią. Jej słowa prawdopodobnie będą mieć znaczący wpływ na postęp naszej sprawy. Zna ona bowiem przepowiednię, która mówi jak zabić Caspiana. Wytłumaczy też nam, dlaczego do tej pory wszystkie nasze starania, które miały doprowadzić do jego ostatecznej śmierci spełzły na niczym. W zamian Salander żąda ochrony. Chce się ukryć w naszych podziemiach, aby nie musieć już uciekać. Jej także zależy na zagładzie Caspiana. Czy się zgadzacie?
- Tak!!!- wybuchło echo potwierdzeń.
- A więc wytężcie słuch. Od tego zależy przyszłość naszej rasy! -  powiedział Enrique, po czym oddała głos Salander.
- Witajcie moi drodzy. Nadchodzi czas wolności, czas pokoju. Przepowiednia niedługo się spełni. Poczułam to w kościach gdy tylko nasza droga czarownica weszła na salę. – mówiąc to popatrzyła na mnie.
-Ja nie jestem czarownicą! – zirytowałam się.
- Jak widzę nie znasz swojego dziedzictwa. Mogłam się domyślić, że w końcu informacje o pochodzeniu i klątwie naszych drogich matek wiedź zostaną zapomniane. Później, na osobności, zajrzymy do twojej przeszłości, aby dowiedzieć się jakiego rodzaju czarownicą dokładnie jesteś. To nam powie jakie masz moce, ale na razie skupmy się na zabiciu Caspiana. Otóż nie mogliście go zabić z jednej przyczyny: zabić go może tylko moc, z której został zrodzony, a tą mocą jest magia czarownic. Nie ma on bowiem matki ani ojca. Powstał wskutek zaklęcia czarownicy, która pragnęła stworzyć mężczyznę doskonałego, który będzie bronił jej i jej sióstr. Niestety, coś podczas rzucania czaru poszło nie tak i w ten sposób zrodziła się nasza rasa, rasa wampirów. Caspiana, którego prawdziwe imię brzmi Erro, co w języku czarownic znaczy pomyłka, szybko zorientował się, że może w łatwy sposób tworzyć sobie podobnych. To on jest ojcem całej naszej rasy. Według legend stworzył ponad trzy tysiące wampirów, które tworzyły następne i tak dalej. Czarownice nie mogły zostać jednym z nas, ponieważ to z ich krwi zostaliśmy zrodzeni, więc zrozpaczone swoją porażką rzuciły ostatnie zaklęcie, które związało moc całego rodu czarownic, a rozwiązać ją mogła tylko śmierć. Przepowiednia mówi, że pewnego dnia jednej z rodu wiedź uda się znaleźć coś, dzięki czemu pokona barierę nieśmiertelności i stanie się Bruxa Mortos, czyli  wampirem ze zdolnościami czarownicy. Będzie ona posiadała skumulowane moce wszystkich wiedź ze swojego rodu i jako jedyna będzie w stanie zgładzićErro i jemu podobnych. Będzie ona też ostatnią czarownicą. Po jej śmierci nie będzie na świeci już magii wiedźm. Zawsze myślałam, że  nie uda mi się doczekać tego momentu, a tu nagle zjawia się nasz przystojny Enrique i mówi mi o twoim wyczynie Leno – zwraca się do mnie już mniej poważnie – Dzięki tobie wróciła mi nadzieja, ze nie będę już musiała uciekać. Dlatego teraz zabierzcie mnie do kwatery, w której mam zamieszkać. Leno, ty choć ze mną. Musimy dowiedzieć się z którego konwentu pochodzisz.
Leila znalazła się przy niej w ułamku sekundy i zaczęły wychodzić. Poczłapałam za nimi, nadal nie przekonana co to mojego rzekomego dziedzictwa. Jeremiasz nie odstępował mnie na krok. Gdy znaleźliśmy się pod jednym z wielu pokoi Leila powiedziała:
-Salander, oto twój pokój. Niedługo przyjdzie ktoś z twoim planem dnia.
- Dziękuję, odważna Leilo. Mów mi Sally, będzie prościej. Niedługo w końcu ty, ja i Lena będziemy przyjaciółkami. – uśmiechnęła się, po czym zwróciła się do mnie – Wejdź, lecz niech twój przystojny Jeremiah zostanie na zewnątrz.
- Nie ma mowy! – zawarczała Jeremiasz.
- Uspokój się. Nie ma czego się bać. Salander nic mi nie zrobi.- zwróciłam się do niego. Popatrzyła na mnie uważnie. W jego oczach czaił się strach.
- Leno… – powiedział z bólem w głosie.
- Dam sobie radę. Zaufaj mi.- poprosiłam go.
- Zgoda. Ale masz dziesięć minut, później wchodzę – w jego głosie było słychać rezygnację.
- Nie martw się mój drogi, oddam ci ją za pięć minut – wtrąciła się Salander, po czym wciągnęła mnie do pokoju i zatrzasnęła drzwi.

ciąg dalszy nastąpi...